poniedziałek, 18 lutego 2013

Django


Najnowszy film niestrudzonego Quentina Tarantino, kandydat na tegorocznego Oskara w kategorii najlepszy film. Dla wielbicieli mistrza z pewnością najbardziej oczekiwana premiera roku. 

Rok 1859, niewolnik o imieniu Django spotyka łowcę głów Doktora  Schultza. Czysty interes z czasem przeradza się w przyjaźń i Django zyskuje kompana do zemsty na swoich oprawcach i odebrania żony z ich rąk. 

W moim odczuciu, Quentin okropnie się postarzał i zrobił się za bardzo melodramatyczny. 
"Bękartom wojny" ciężko jest dorównać i póki co niestety Quentin nie zaskakuje. 
Pierwsza połowa filmu jest dosyć obiecująca. Jest kiczowato, jest śmiesznie, jest przesadnie i jest świetna ścieżka dźwiękowa. 
Wraz z pojawieniem się na ekranie Leonarda DiCaprio, charakterystyczny klimat filmów Tarantino siada. Robi się nieco nudno, nieco wzruszająco i sytuację ratuje już chyba tylko wyśmienity Samuel L. Jackson. 
Leonardo oczywiście spisał się rewelacyjnie, ale niestety nie widzę go przy boku Quentina. Świetnie sprawdza się w poważnych, męskich rolach, ale u Tarantino nie potrzebujemy nikogo takiego! 
Co z tego, że Waltz tak bardzo przypomina Landę?! Stęskniłam się za Landą! I być może właśnie Waltz, świetne zdjęcia, nieziemska ścieżka (a głównie piosenka przewodnia, patrz niżej) sprawiają, że ten film w pewien sposób można uznać za dobry. No, ale cóż tu ukrywać do "Bękartów wojny" niezmiernie mu daleko i może dlatego, nie można uznać go za genialny ;) 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz