poniedziałek, 28 stycznia 2013

Piękno w rytmie rumby


Jakiś czas temu zaczęłam oglądać program Martyny Wojciechowskiej- Kobieta na krańcu świata.
Szczególne wrażenie zrobił na mnie pierwszy odcinek, który był kręcony w Wenezueli.
Uroda latynosek zawsze robiła na mnie ogromne wrażenie. Piękne, błyszczące, gęste ciemne włosy, ciemna karnacja, oliwkowa, jędrna, gładka skóra, białe zęby, ciemne oczy i najpiękniejsze brwi świata.




Każda z Nas zapewne jako mała dziewczynka nieraz widziała te piękności w tzw. brazylijskich serialach. Przesłanie odcinka i fakty z niego płynące nie zaskoczyły mnie specjalnie, ale magia urody latynowskiej trochę przygasła. 
Została za to wciąż świetna kuchnia, optymizm, muzyka i taniec ;)


środa, 23 stycznia 2013

Dallas '63


To będzie bardzo krótki wstęp... Długo zastanawiałam się nad najlepszą powieścią Stephena Kinga, szukałam, wciąż czytałam... W końcu znalazłam! Oto ona! Mój zdecydowany numer jeden!



22 listopada 1963 roku w Dallas padły trzy strzały, które zabiły prezydenta Kennedy’ego i zmieniły świat. A gdyby tak można było temu zapobiec? Gdyby można było ocalić JFK i zmienić bieg historii?
Jake Epping to trzydziestopięcioletni nauczyciel angielskiego w Lisbon Falls w stanie Maine, który dorabia, prowadząc kursy przygotowawcze do matury zaocznej dla dorosłych. Od jednego ze swoich uczniów, Harry’ego Dunninga, dostaje wypracowanie – makabryczną, wstrząsającą opowieść w pierwszej osobie o tym, jak pewnej nocy przed pięćdziesięciu laty ojciec Harry’ego zatłukł na śmierć jego matkę i braci, a siostrę pobił tak bardzo, że nigdy nie odzyskała przytomności. Od tego wszystko się zaczyna…
Wkrótce potem przyjaciel Jake’a, Al, właściciel lokalnego baru, zdradza mu tajemnicę: jego spiżarnia jest portalem do roku 1958. Powierza Jake’owi szaloną – i, co jeszcze bardziej szalone, wykonalną – misję ocalenia Kennedy’ego.


Zacznę może od tego jak na początku podeszłam do nowej książki Kinga. Otóż wydało mi się, że  książka o tle politycznym nie jest dla mnie. Tematu polityki unikam jak ognia. Obawiałam się też licznych teorii spiskowych i ogólnie nie spodobał mi się pomysł sięgnięcia akurat po tę pozycję. 
Ale potem książkę (też w sumie z braku laku, bo była pod ręką) przeczytała moja przyjaciółka i była...WZRUSZONA?! Takiej reakcji się nie spodziewałam, więc z ciekawości zakupiłam ową książkę. 

Czytać zaczęłam jakoś tak w przerwie świątecznej- zajęło mi to 3 dni (ponad 800 stron) i miałam poważne wahania, czy iść na Sylwestra czy zostać może z nią w domu! 
Ten kto czytuje Kinga wie, że czasami początek jest strasznie nudny, rozwleczony i niezachęcający. 
Tutaj było zupełnie inaczej, od pierwszej strony, od pierwszego rozdziału książkę się zjada! Połyka, łaknie! 
W późniejszym czasie, zaczęłam czytać oszczędniej, bo zwyczajnie żal było mi ją kończyć.
Cóż tu ukrywać? Zaprzyjaźniłam się z głównym bohaterem, dosłownie! Poczułam, że wraz z nim przeżywam te czasami ciężkie, czasami piękne chwile. Nasza przyjaźń trwała przecież ponad 5 lat! I to nie byle jakich lat! Lat bardzo obfitych w wydarzenia i to nie tylko polityczne, ale i osobiste głównego bohatera.
Możliwość przeniesienia się w lata bez telefonów komórkowych, laptopów, tabletów, a nawet DVD...była fantastycznym przeżyciem. A King tak cudownie opisał ten świat, że byłam w stanie uwierzyć, że podróż w czasie jest możliwa i gdzieś tam w czasoprzestrzeni jest rok 1958. 
O ile w innych książkach Stephena Kinga czuje się czasami nierealność sytuacji i traktuje się ją jak sen ("to tylko książka! spokojnie to tylko książka!"), tak w Dallas '63 granica między realnością a fantazją jest praktycznie niedostrzegalna. Gdyby ktoś powiedział mi, że to zdarzyło się naprawdę, to bez głębszego zastanowienia, uwierzyła bym.
Nie ukrywając, zachodzi w tej książce dosyć dziwne zjawisko. Polityka i historia miała być głównym tematem książki, a przynajmniej tak mogło by się wydawać, ale tak nie jest. Mam wrażenie, że misja uratowania JFK to tylko podstawa tej książki, resztę stanowi fantastycznie skomponowana strona obyczajowa książki i jedyny w swoim rodzaju tak niepowtarzalnie piękny wątek miłosny. 
Czy się wzruszyłam? I to jak...! Morał (bo i owszem, takowy jest) z jednej strony jest smutny, ale z drugiej bardzo pokrzepiający. 
O ile czasami polecam książkę, tak teraz wręcz Was proszę! Przeczytajcie Dallas '63! 


sobota, 19 stycznia 2013

Hobbit


Hobbit  w reżyserii niestrudzonego Petera Jacksona, to chyba jedna z najbardziej wyczekiwanych premier filmowych roku. Wszak od premiery Władcy Pierścieni i powrotu króla minęło 10 lat! Czy o 10 lat starszy Peter, podźwignął po raz kolejny ciężar prozy Tolkiena? 

Hobbit - Bilbo Baggins wyrusza wraz z 13 krasnoludami w podróż pełną przygód. 

Jak zwykle zacznę od strony technicznej. Na plus z pewnością jest świetna charakteryzacja- krasnoludy są przewyśmienite! Scenografia i dźwięk są bardzo zbliżone do Władcy Pierścieni. 
Zdjęcia również świetne. Wizualnie film jest naprawdę fantastyczny. Gra aktorska też jest ok. 
To na co należy zwrócić natomiast uwagę, to niepotrzebnie rozwleczona, długa fabuła, zbędne sceny, których nie ma nawet w książce. 
Film moim zdaniem jest za długi.
Do tego dochodzi męczące jak dla mnie 3D i dubbing :/ 
Cóż ja po prostu chyba wyrosłam z tego typu filmów. Hobbit to bajka. Barwna baśń o przesłodzonej, nierealnej fabule. 
O ile Władca Pierścieni, był dla mnie baśnią, ale niosącą za sobą piękne wartości i wytworny, poważny świat, tak Hobbit jest dla mnie płytki, komiczny i mam wrażenie, że wszystkiego jest w nim za dużo. 
Jackson podźwignął ciężar, ale Hobbit nie jest tak uniwersalnym obrazem jak trylogia Władcy Pierścieni. 

piątek, 18 stycznia 2013

Anna Karenina


Anna Karenina jest jak odnawialne źródło energii. Mniej więcej co kilka lat, ktoś przystępuje do zekranizowania powieści Lwa Tołstoja. Z lepszym bądź gorszym skutkiem co rusz pojawia się nowa wersja, z nową ujmującą Anną Kareniną. Co takiego jest w tej miłosnej historii, że twórcy filmowi wciąż łakną przenosić ją na duży ekran? 

Rosja, 1874 rok, zamężna arystokratka Anna Karenina zakochuje się w pułkowniku Wrońskim. Romans matki i żony budzi sprzeciw i odrazę śmietanki towarzyskiej.

Rozpocznę od strony technicznej filmu, bo ta wzbudza najwięcej kontrowersji. 
Wiele osób określa ten rodzaj kręcenia jako "film teatralny", ale mam wrażenie, że ten zwrot zupełnie nie oddaje tego, jak technicznie potraktowano scenografię. Otóż dosłownie w tym obrazie, scenografia, JEST typową scenografią z teatru, a więc mamy tekturowe szablony, dekoracje, tła...Co jest bardzo ciekawe, niejednokrotnie aktorzy "przedzierają się" przez teatralne kulisy, przepełnione zakurzonymi drewnianymi balustradami i linami z domieszką pajęczyny. Przyznam, że na początku, trochę mnie to zmieszało... Ale potem dostrzegłam cel tego zabiegu, który wydaję mi się bardzo...genialny? Otóż teatralna scenografia jako metafora sztucznego, wymuszonego życia elity towarzyskiej. 
Wybitnie teatralna jest również gra aktorska, nie głównych postaci, ale raczej tych tworzących tło. Otóż "tło" czasami nieruchomieje, by ukazać głównych bohaterów i ich miłość jako coś jedynego w swoim rodzaju, pięknego i takiego "ponad"! 
Keira Knightley w głównej roli wypadła naprawdę bardzo dobrze. Trochę inaczej wyobrażam sobie Annę, bo w książce opisana jest jaka kobieta piękna, ale z pełną piersią ;)
Wroński, totalnie nie przypadł mi do gustu... Nie tak go widziałam. Natomiast cała reszta myślę, że dobrze oddaje swoim wyglądem pierwowzory książkowe.
Muzyka i dźwięk, jest bajkowa, piękna, ale mało dostrzegalna, jest tylko tłem dla fantazyjnej scenografii.
To co wprawia w zachwyt to z pewnością kostiumy, są przepiękne. Mówki, futra, płaszcze, suknie, kapelusze, fryzury, biżuteria, wywołują jedno wielkie Ach!
Opozycją do "życia na scenie", jest wiejskie życie Lewina. Mam wrażenie, zresztą nie tylko w filmie jak i w książce, że Lewin jest "tym dobrym" i tym, który powie nam jak żyć. Ten niekoniecznie prosty, ale wyglądający na prostego, człowiek stara się żyć poza miejskim przepychem, pracą rąk. Lewin wygrywa swoje życie.
Anna Karenina jest powieścią wielowarstwową, poruszającą cały wachlarz problemów, ukazującą losy bohaterów na tle życia rosyjskiego i stosunków społecznych w Rosji, panujących norm i tzw. zasad. Jedną z tych zasad łamie tytułowa bohaterka, czy jej odwaga, upór i walka o siebie, o własne szczęście i miłość jest wygraną? Czy Anna wygrywa? Odpowiedzi na to pytanie można szukać zarówno w książce ( co oczywiście polecam, bo książka jest naprawdę bardzo ciekawa) jak i w filmie. 

piątek, 11 stycznia 2013

Infiltracja


Wielki Scorsese po raz kolejny udowodnił swój geniusz w kręceniu mocnego, bezpośredniego, męskiego kina. Po "Chłopcach z ferajny", "Taksówkarzu" i "Wyspie tajemnic", myślałam, że Scorsese nie zaskoczy mnie już niczym...A jednak!

Akcja filmu rozgrywa się w południowym Bostonie, gdzie policja stanowa toczy zażartą walkę z przestępczością zorganizowaną. Młody tajny agent policji, Billy Costigan (Leonardo DiCaprio), otrzymuje od przełożonego Olivera Queenana (Martin Sheen) rozkaz przeniknięcia do struktur mafijnych, którymi rządzi Frank Costello (Jack Nicholson). Podczas gdy Billy szybko zdobywa zaufanie bossa, Colin Sullivan (Matt Damon) - zatwardziały młody przestępca, który już jako kadet Akademii Policyjnej pełnił rolę mafijnego informatora - zostaje awansowany na stanowisko dowódcze w Wydziale Spraw Wewnętrznych. Każdego z nich pochłania podwójne życie. Kiedy zarówno przestępcy, jak i stróże prawa, wpadają na trop wrogiej wtyczki we własnych szeregach, obaj bohaterowie rozpoczynają wyścig o to, kto pierwszy odkryje tożsamość drugiego, by tym samym uratować własną skórę... 

Jeżeli mamy film rozpatrywać od strony technicznej, to wszystko jest w tym miejscu mistrzostwem. Fantastyczny oskarowy montaż, fantastyczne zdjęcia, praca kamerą... Jeżeli rzucę nazwiskami- Nicholson, Damon, DiCaprio, Baldwin, Sheen, Wahlberg- to czy ktoś będzie miał wątpliwości co do świetności tego filmu? - aktorska śmietanka- a Nicholson...jak to Nicholson przeszedł sam siebie. Dodam jeszcze do tego przeskosmicznie dobry soundtrack- Pink Floyd, The Rolling Stones...
Twarde, mocne, bezlitosne, męskie kino, faceci przeładowani testosteronem i ta muzyka- taaaak I like it!

W ramach wczuwania się w klimat:







środa, 9 stycznia 2013

New year = New life?

Nowy Rok to okazja do zakończenia pewnych rozdziałów i rozpoczęciu nowym, w oparciu o wcześniejsze doświadczenia.

"Głupota jest jedną z dwóch rzeczy, które najlepiej widzimy z perspektywy czasu. Drugą są stracone okazje."

Człowiek dojrzewa z roku, na rok, cały czas się uczy. Mnie rok 2012 nauczył bardzo wiele- odnośnie przyjaźni, miłości, szczęścia...

"Kropla drąży skałę, nie siłą, lecz często padając."

Sobie samej w Nowym Roku 2013 życzę przede wszystkim cierpliwości, bo w poprzednim roku bardzo mi jej brakowało. Życzę też sobie (może zabrzmi to głupio) żebym częściej myślała o swoim szczęściu, a nie szczęściu innych. Zbyt często w poprzednim roku starałam się przypodobać i uszczęśliwić kogoś, tym samym rezygnując z własnych potrzeb. Tak, tak więcej egoizmu w moim życiu! Poza tym powinnam się nauczyć asertywności, bo z tym też mam duży problem ;) no i dystansu do własnej osoby (co nie oznacza, że powinnam dawać się obrażać, ale powinnam rozróżniać szczere intencje od zwykłych złośliwości). 



Mam też listę mniejszych zmian, które powinnam wdrażać:

1. Pić więcej wody, tzn. min. 1,5 litra dziennie (ostatnimi czasy strasznie mało piję).

2. Zrezygnować z kawy na rzecz zielonej herbaty (ta zmiana będzie wybitnie ciężka).

3. Zrezygnować z używek, ewentualnie okazjonalny drink ;) (tutaj wyzwanie stanowią papierosy :/)

4. Nie wydawać pieniędzy pochopnie, na ciuchy, które podobają mi się tylko na wieszaku albo na kimś. 

5. Czytać książki z listy, którą stworzyłam pod koniec roku i nie sięgać po kolejny kryminał Agathy Christie.

6. Nie jeść słodyczy, albo wybrać sobie jeden i jeść go od święta :/ 

7. Zacząć biegać kiedy tylko pozwoli na to pogoda.

8. Wykonywać dodatkowe ćwiczenia.

9. Nie jeść po 16-tej ;)

10. Na obiad jeść zawsze jakieś warzywa.

11. Nie chodzić do fryzjera!!!!

12. Wywołać w końcu zdjęcia!!!

13. Na bieżąco zgrywać zdjęcia z aparatu (tia)

14. Zainteresować się zakupem nowego telefonu (niektórych to podnieca, mnie niespecjalnie :/) 

15. Zapisać się na coś...(może ścianka wspinaczkowa, jeżeli będzie taka okazja)

16. Odkładać na wakacje, planować je i szukać kompanów ;)

17. Zrobić oczyszczanie organizmu!

18. Nie kłócić się z nikim!

19. Regularnie robić maseczki.

20. Uporządkować dokumenty i papierzyska!

21. Odwiedzić lekarzy.

22. Naprawić laptopa.

23. Nie pić gazowanych napojów i jeść fast foodów (nie, że jem, ale muszę sobie jasno napisać, że to jest zabronione i jak będę sięgała po coca colę mieć ten punkt przed oczami)

24. Zobaczyć jakieś fajne miejsce, w którym nie byłam.

25. Utrzymywać kontakty z I. i O. 

26. Iść zawodowo do przodu.

27. Częściej się uśmiechać i nie gderać!

Listę będę uzupełniała na bieżąco, jak coś mi wpadnie do głowy.